Press

Piątą edycję Triennale Młodych traktujemy jako skromny jubileusz. Okoliczność ta stanowi okazję do zastanowienia się nad dorobkiem, osiągniętymi celami oraz przyszłością tej imprezy. To stanowić będzie przedmiot osobnej debaty w najbliższym czasie. Na pewno tradycja zobowiązuje, więc zachowanie ciągłości wydaje się oczywiste i wiążące. Takie jest też chyba oczekiwanie środowiska, albowiem kolejne wstępujące roczniki adeptów sztuki dopominać się będą możliwości artystycznego debiutu i swoistej „protekcji". Niewykluczone, że poszukiwać będziemy płaszczyzny porozumienia z animatorami podobnych imprez, które promują młodą sztukę. Na pewno warto byłoby stworzyć rodzaj porozumienia w tej dziedzinie i zjednoczyć wysiłki. Gotowi jesteśmy podjąć taką inicjatywę i dialog oraz wesprzeć go naszym doświadczeniem.

W porównaniu z poprzednią edycją, obecna jawi się nieco inna, chociaż w jakimś stopniu jest jej konsekwentnym, ewolucyjnym rozwinięciem. Pewne zaobserwowane wcześniej zjawiska uległy nasileniu, inne natomiast poddały się całkowitej redukcji i zanikowi. Ta bieżąca odsłona stała się w jeszcze większym stopniu medialna, zapośredniczona w dyskursie mediów, bardziej różnorodna w indywidualnych poetykach a przez to bardziej skomplikowana w odbiorze. Nie chodzi tu bynajmniej o stopień komplikacji treści (ta często jest po prostu banalna), ale o rodzaj jej kodowania i artykułowania, najogólniej mówiąc „nie-wprost". Wobec pierwszych wystaw z tej serii z początku lat 90., pokonany dystans wydaje się epokowy, tak wiele się zmieniło w percepcji świata i rozumieniu sztuki przez młodych twórców, tak różne sprawy zostały przez nich opisane, tak radykalnie zmieniła się zdolność empatii, a może nawet i zwykła ludzka wrażliwość. Prace z tamtych wystaw były w większości nastawione na kreację obiektu, który tkwił majestatycznie w przestrzeni, niepokoił swoją obcością i zdumiewał często rytualną nieomal ekspresją. Prowokowały wyobraźnię. Wówczas duży udział miały prace doraźne, o charakterze instalacji, często prowizoryczne, komponowane do miejsca. Było to wyrazem niepewności wyborów. Określało stan formowania się osobowości trochę jeszcze nieśmiałej, poszukującej swojej tożsamości, z pewną dozą skromności i pokory. Ale jednocześnie dostrzegalne są podobieństwa, głównie te w sferze emocji, które ulegają zwielokrotnieniu z racji „zagęszczenia" więzi pokoleniowej, zawsze ponadczasowej, które często są kojarzone z nonkonformistyczną postawą, kontestacją lub buntem oraz typowym dla czasu teraźniejszego zjawiskiem rywalizacji.

Nieuniknione jest to, że aktualna wystawa jest hybrydowa, bo to wynika z przypadkowości prac zgromadzonych w jednym miejscu, bez żadnej porządkującej koncepcji. W większości są to dzieła premierowe, które w opinii autorów określają ich pole zainteresowań, dociekań i analiz. Równie oryginalne jest stosowane instrumentarium, o którego funkcjonowaniu trzeba się przekonać z autopsji. Obok tradycyjnych dyscyplin, których gatunkowa czystość poddawana jest swoistym przeciążeniom i próbom wytrzymałości, pojawiają się w dużym natężeniu media audiowizualne, które wnoszą w klimat wystawy wrażenie zaprogramowanego chaosu w większym niż dotychczas stopniu, bo to stanowi nieodłączny atrybut współczesności. Ta tendencja wydaje się nasilać i nadal stanowi źródło fascynacji i inspiracji. Niekiedy ich przekaz jest hermetyczny lub nieczytelny, innym razem przewrotnie banalny i niedorzeczny. Ale to też jest jakaś strategia. W takim zestawieniu konfrontowane prace stanowią autonomiczne światy istniejące same dla siebie, zupełnie nieprzystawalne, bez wzajemnych relacji. Przewrotnie potraktowane jest klasyczne malarstwo i rzeźba. Z założenia już są anachroniczne, ale kryją w sobie jakąś niedostrzegalną na pierwszy rzut oka tajemnicę, co powoduje, że potencjalny zarzut anachronizmu staje się niespodziewanie komplementem. Obecne są projekty internetowe (net-art), a więc dostępne w zamkniętym obiegu internautów, jak i autorskie wersje billboardów, które pojawiają się w realnej ikonosferze, gdzie chcą rywalizować poczuciem realnego sensu z komercyjną reklamą, która dystrybuowana jest w systemie korporacyjnym. Są także realizacje typowe dla street-artu, site-specific wykorzystujące kontekst miejsca. Jak zwykle, pojawiają się także dzieła wtórne obok wyniosłych, które niosą autentyczne przesłanie. Sąsiadują z nimi puste gesty nawiązujące do anty-sztuki i demonstracyjnej absencji o rodowodzie post-konceptualnym. Nieobecna jest tzw. sztuka krytyczna, demaskująca sferę opresji i interweniująca w domenę rzeczywistości społecznej. To zdaje się już przebrzmiała historia i zamknięty obszar aktywności sztuki. Większość prac to mocno zindywidualizowane narracje odwołujące się do doświadczeń osobistych, niekiedy do kanonu ikonografii sztuki dawnej i literatury. Trudno, żeby ten nieco wielogłosowy chór złożył się na jednobrzmiący sound pokolenia. Zaledwie kilka prac podejmuje ważkie dla samej sztuki tematy, czy to w formie manifestu, czy refleksji zwrotnej. Większość wyczerpuje się w intymnym, osobistym monologu i prywatnym doświadczeniu. Incydentalnie pojawia się poważniejsza publicystyka odwołująca się do spraw fundamentalnych, dotyczących praw człowieka i obywatela, degeneracji deklarowanych demokratycznych wartości. Nie mogło także zabraknąć groteski, niekiedy na poziomie prowokacyjnej i absurdalnej zabawy, której atrakcyjność podnosi osadzenie jej w przestrzeni wirtualnej lub przeniesienie do zainscenizowanego salonu masażu. Realna fizykoterapia - nie fitness - potraktowana została bowiem jako rzeźba ciała. Przewrotnie, ale skutecznie, pozwala ona przypomnieć o zmaltretowanym doświadczeniem życiowym „więzieniu duszy", któremu należy się trochę relaksu, a to potem może zmienić jej stan na bardziej aktywny wg zasady „w zdrowym ciele zdrowy duch".

 

W systemie, w którym skrajności są tak diametralnie rozstrzelone, konwencje konkurencyjne i wzajemnie się znoszące, gdzie powaga graniczy z ironią, a prześmiewcze dygresje pojawiają się obok egzystencjalnej refleksji - ujawnia się cała niedorzeczność rzeczywistości młodej sztuki, której sfery przenikają się w najmniej przewidywalny sposób. Sama wystawa w momencie jej otwarcia stała się meta-przestrzenią. Była na bieżąco komentowana i opisywana w formie reporterskiego zapisu. Kronikarz całego wydarzenia - skądinąd młody człowiek - właśnie poprzez swój świadomie stylizowany epigonizm, sam stał się jakąś niezwykłą atrakcją - przybyszem nie z tego świata.

5TM

21 czerwca - 5 października 2008

kurator: Kamil Kuskowski

koordynator projektu ze strony CRP: Jarosław Pajek
dyrektor artystyczny: Mariusz Knorowski